Archiwum 28 września 2009


łikend w waszawie
Autor: zimny herbert
28 września 2009, 07:40

W piątek wieczorkiem zjedliśmy kolację w restauracji. na koszt Nike oczywiście :) Nie hamowałem się.Mnie się podobało.Nocowałem u Mariusza i Ani Giżyńskich. Czułem się jak w domu. Po śniadaniu pojechaliśmy na sztafety. Biegłem na 4tej zmianie pod tętno. Biegło mi się wręcz rekreacyjnie. Z braku Szymka i Mariusza rekord Polski był raczej dpoza zasięgiem, więc miałem pobiec, aby pobiec. Leciałem swoim rytmem. Jeszcze chyba nigdy nie poleciałem 14,50 Piątki na takim luzie. Po drodze miałem trójkę w 8,48 ale musiałem zwolnić, bo już mi tętno wskakiwało pod 180. Ogólny wniosek jest taki: za rok gdy sztafeta Eikiden będzie osobną imprezą może być ciekawie. Po biegu poszliśmy jeszcze na obiad z ludźmi z Nike. Dziwne: Cała firma biega, wystawili sześć sztafet po 6 osób. O godzinie 17tej byłem w hotelu. Wieczorem spotkałem się z Izą. Było bardzo miło dla Pawian:) W międzyczasie była narada wojenna na dole w restauracji. Biegniemy na 1,06- 1,05,40 połówkę. Do dwunastego kilometra pomaga nam prowadzić Rafał Wójcik, o bardziej doświadczonego prowadzącego byłoby trudno. Potem była niedziela. Po pierwszych kilku kilometrach (od 3,01 do 3,05) widać było , że Adam Draczyński jest w bardzo dobrej dyspozycji.Dostaliśmy informację że lecimy na 1,05 z małym haczkiem. chłopakom to odpowiadało. Zmienialiśmy się Pawłem i Rafałem. Na 19tym kilometrze stało się dla mnie jasne że utrzymanie tego tempa biegu, przy równym komforcie biegu zarówno dla mnie jak i dla innych zawodników będzie niemożliwe. Pewnie gdybym poszedł w trupa to po 3,00 jeszcze bym te dwa kilometry przeleciał. Nie chcąc szarpać tempa, ani gwałtownie zwalniać, ( bo już nie miałem takiego wyczucia tempa) zdecydowałem się odpuścić.Co kilometr dwa wysiadaliśmy z samochodu, żeby podać chłopakom wodę . W sumie bardzo ciekawe doświadczenie. Przez dwa dni byłem częścią wielkiego przedsięwzięcia zwanego Maratonem Warszawskim. "dalej bryło z posad świata"- Normalnie cała Warszawa biega :) Apropos bardzo miłe było też zachowanie Iwony i Maćka i innych ludzi z Nike. Wymieniliśmy się uwagami na temat użytkowania Lunar Glide. To naprawdę ludzie z pasją. Czują bieganie. Ale największe podziękowania dla Kubusia i Giżusia. Biegacz biegaczowi bratem. W końcu wszyscy cierpimy tak samo. Nie mam zakwasów, ani odcisków, czuję się świeżutki. Aż dziw bierze. Jest git!:)